reklama

Zbigniew Jujka nie żyje. Przez ponad pół wieku bawił swoimi obrazkami pokolenia czytelników "Dziennika Bałtyckiego"

Dariusz SzreterZaktualizowano 
W poniedziałek na ranem odszedł we śnie Zbyszek Jujka, rysownik, karykaturzysta, od 56 lat związany z „Dziennikiem Bałtyckim”. Miał 84 lata. Pogrzeb odbędzie się w sobotę, 23 listopada. Msza zostanie odprawiona w Kościele Mariackim o godzinie 10, a o godzinie 12 odbędą się uroczystości na Cmentarzu Garnizonowym przy ul. Dąbrowskiego.

W naszej redakcji pojawił się w 1963 roku, rekomendowany przez Jacka Fedorowicza, który kończył współpracę z „Dziennikiem Bałtyckim”, w związku z przeprowadzką do stolicy. Od tego czasu „Dzienniczek” ukazywał się w „Rejsach” - magazynowym wydaniu weekendowym „Dziennika” - niemal nieprzerwanie, poza pierwszymi tygodniami stanu wojennego. Jujka pracę kontynuował także po przejściu na emeryturę. Przez 30 lat był też redaktorem odpowiedzialnym za graficzną stronę naszej gazety.

Zbigniew Jujka od 50 lat rysuje dla "Dziennika Bałtyckiego" [ROZMOWA]

Od tego czasu sześciorysunkowy „Dzienniczek” ukazywał się w „Rejsach” - magazynowym wydaniu weekendowym „Dziennika” ­ niemal nieprzerwanie, poza pierwszymi tygodniami stanu wojennego. Pracę kontynuował także po przejściu na emeryturę. Przez 30 lat Zbigniew Jujka był też redaktorem odpowiedzialnym za graficzną stronę naszej gazety.

60 lat pracy artystycznej Zbigniewa Jujki. Wystawa "60 lat minęło jak jeden dzień" w NCK w Gdańsku

Zaczęło się od „Krokodyla”
Urodził się w 1935 r. Starym Targu (pow. sztumski). Debiutował w 1953 r. w „Gazecie Zielonogórskiej”, gdzie początkowo rysował graficzne ozdobniki. Z czasem redakcja zaczęła mu podsuwać rysunki z pseudosatyrycznego radzieckiego „Krokodyla”, które miał przerabiać na czarno-białe (bo „Krokodyl” był kolorowy, a „Zielonogórska” nie). Radzieckie rysunki nie podobały mu się tak bardzo, że zaczął tworzyć swoje własne. W 1954 wrócił na Pomorze i rozpoczął studia na PWSA. Tam poznał Jacka Fedorowicza, który miał rysunkową rubrykę „Aktualności” w „Dzienniku Bałtyckim”, a kiedy musiał z niej zrezygnować, bo przeprowadzał się do Warszawy, polecił go na swoje miejsce. To był już rok 1963. Przez parę miesięcy rubryka Jujki nazywała się „Odpowiadamy”. Pierwszy „Dzienniczek” zrobiony był na Dzień Dziecka. Do ub. tygodnia ukazało się ich 2934. Co należy pomnożyć przez sześć, bo z tylu rysunków składał się każdy „Dzienniczek”.

Czytaj także

Wentylek bezpieczeństwa
„Dzienniczek” Jujki w piątkowych (a wcześniej sobotnich) „Rejsach” to była prawdziwa dziennikarska instytucja. Trudno chyba w polskiej prasie znaleźć inną rubrykę, która ukazywałaby się nieprzerwanie przez 56 lat. Prawie nieprzerwanie, bo przez kilka pierwszych tygodni stanu wojennego, kiedy zamiast „Dziennika” i pozostałych trójmiejskich gazet codziennych ukazywała się tzw. „trójpolówka”, „Dzienniczek” miał przerwę.
O bojach z cenzurą za czasów komuny mówił, że bywały ciężkie. - Czasem potrafili nawet połowę rysunków z „Dzienniczka” zdjąć. I z redakcji dzwonili w ostatniej chwili, że potrzebne są nowe. A ja jestem tak zwany wolnomyśliciel, nie mam tej błyskotliwości, że od razu pomysł wpada do głowy. To były niesamowite spięcia, nerwówka straszna, przez długie lata, aż do 1989 roku. A po ‘89 nie zdjęto mi już ani jednego rysunku.
A jednak weryfikację w stanie wojennym przeszedł pozytywnie. - Zawsze byłem traktowany z pewnym pobłażaniem, jako taki wentylek bezpieczeństwa, który trzeba zostawić - tłumaczył.

Czytaj także

Bez Niego będzie nam wszystkim mniej śmiesznie...

Tylko papież nie dzwonił
W „Dzienniku Bałtyckim” przeżył blisko 20 redaktorów naczelnych. Tylko jeden - na początku XXI wieku - podjął próbę zwolnienia Zbyszka. Ale odstąpił, bo jak mówił nieco ironicznie: „tylko papież nie interweniował u niego sprawie pozostawienia Jujki”.
- Faktycznie zrobił się z tego niezły raban - przyznawał Zbyszek, kiedy rozmawialiśmy o tej sprawie kilka lat później. - Tego naczelnego już nie ma, a ja nadal rysuję.
Szacował, że wykonał łącznie kilkadziesiąt tysięcy rysunków. Nie tylko do „Dzienniczka” (tych powinno być nieco ponad 17 tys.), ale licznych wydawnictw książkowych, jakie miał na koncie. Najbardziej zapamiętana z nich to „Z uśmiechem przez Gdańsk”, wydana wspólnie z Andrzejem Januszajtisem. Ale były dziesiątki innych, jak choćby „Historia Polski”, licząca ponad 300 rysunków. Przy tej okazji wyszedł jego perfekcjonizm. Do drugiego jej wydania narysował wszystkie rysunki od nowa. A po kilku latach skarżył się: - Nie mogę już patrzeć także na tę drugą edycję. Znowu bym to inaczej narysował, wzbogacił niektóre pomysły. Ale i tak warto było. Zrobiłem to, jak się dowiedziałem, że kupa młodzieży z techników w ogóle nie ma w programach nauczania historii. Podarowałem im więc taki „bryk”. I to się dobrze przyjęło, szkoły masowo to kupowały, przynajmniej tu, na Wybrzeżu.

Bo też i jego celem nie było rozśmieszanie, ale edukowanie.
- Starałem się i staram się nadal mówić o sprawach, które ludzi drażnią i denerwują. Staram się zmusić czytelnika do refleksji, do myślenia. Jeżeli mi teraz mówią różni dostojnicy, że wychowywali się na moich rysunkach, to coś w tym jednak było i daj Boże, że jest w tym coś dalej - przekonywał.
O swojej popularności mówił z lekkim przekąsem, że prawdopodobnie jest wynikiem tego, że żyjemy w czasach kultury obrazkowej.

Bardziej aktualne niż uniwersalne
Rysowanie „Dzienniczka” kontynuował mimo przejścia na emeryturę. Kilka razy wspominał, że rozważa zaprzestanie rysowania.
- Coraz trudniej mi się rysuje. Z jednej strony zauważam wyraźnie, że mam mniej pomysłów, z drugiej - coraz ostrzej widzę złe rysowanie. Czasami bywa, że dwa, trzy razy od nowa zaczynam to samo.
W katowickim „Dzienniku Zachodnim” co tydzień ukazuje się zestaw rysunków Gwidona Miklaszewskiego, mimo, że ten nie żyje już od 20 lat. Zapytałem kiedyś Zbyszka półżartem czy kiedyś chciałby mieć taki „pomnik” na naszych łamach.
- Rysunki Gwidona Miklaszewskiego miały ponadczasowy charakter - odpowiedział. - Choć ja też staram się zawsze przemycić jakieś wątki uniwersalne, to jednak 90 procent moich rysunków zawiera odniesienia do wydarzeń aktualnych. Więc w moim przypadku coś takiego nie miałoby sensu.
Ale czy „Rejsy” bez „Dzienniczka” Jujki mają sens?



Wideo

Materiał oryginalny: Zbigniew Jujka nie żyje. Przez ponad pół wieku bawił swoimi obrazkami pokolenia czytelników "Dziennika Bałtyckiego" - Dziennik Bałtycki

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

O
On obrażał Polaków

W swoich rysunkach obrażał Polaków za szwabskie pieniadze u szwabskiego pracodawcy. Nie żal tego starego komunisty.

Dzieciaka z Konina bardziej żal co go debil policyjny zamordował.

G
Gość

Wyrazy współczucia. Odszedł wspaniały rysownik i karykaturzysta.Będzie go brak i jego rysunków Dzienniczka w Dzienniku Bałtyckim

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3